Dostępne teksty:

1. Homilia Mszy Św. z okazji jubileuszu 50-lecia Klubu Inteligencji Katolickiej w Krakowie (1.12.2007) (o. Marek Pieńkowski OP)
2. Dekalog demokracji po chrześcijańsku rozumianej (Stefan Wilkanowicz)
3. Homilia Mszy Św. z okazji jubileuszu pana Stefana Wilkanowicza (04.01.2009 r), o. Marek Pieńkowski OP

 

JUBILEUSZ 50-LECIA
KLUBU INTELIGENCJI KATOLICKIEJ W KRAKOWIE

HOMILIA MSZY ŚWIĘTEJ
celebrowanej pod przewodnictwem ks. biskupa Tadeusza Pieronka
w bazylice Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
w Krakowie dnia 1 grudnia 2007 r.
( wersja czytelnika )

Marek Pieńkowski OP


[teksty: Psalm responsoryjny: Dn 3,56.83-87; Ewangelia: Łk 21,34-36 ]

1. Śpiewaliśmy przed chwilą słowa psalmu: Chwalcie na wieki najwyższego Pana... – W ostatni dzień roku kościelnego oddajemy Panu chwałę, chcemy wyrazić Mu nasze dziękczynienie za miniony rok, za wszelkie doznane łaski. A już szczególnie trzeba nam oddawać Panu chwałę, wyśpiewywać Mu nasze dziękczynienie w dniu, gdy uroczyście obchodzimy 50-lecie działalności krakowskiego Klubu Inteligencji Katolickiej.

Począwszy od 1956 – 1957 roku w różnych miastach Polski zaczęto organizować takie Kluby. Organizatorami byli bardzo różni ludzie, którzy żyli i pracowali w różnych środowiskach, mieli własne pomysły, podejmowali własne inicjatywy; stąd i historia każdego z Klubów jest trochę inna, stąd też każdy z nich miał – i nadal ma – własny, odrębny charakter.

Nie było mi dane uczestniczyć w tamtych czasach w życiu Klubu krakowskiego; ale w Warszawie można było niekiedy usłyszeć, że „klub inteligencji katolickiej jest trochę jak świnka morska – bo, na dobrą sprawę, ani to świnka, ani morska...”. Przypomniałem to, bo dzisiaj trzeba nam sobie uprzytomnić, że taki Klub właśnie ma być „i świnką, i morską”. Inteligencja i zarazem katolicka.

Co oznacza w nazwie słowo „katolicka”? – Oznacza, że wszelkie nasze przemyślenia i działania, wszelka nasza służba ma być podejmowana z wnętrza wiary, z wnętrza Kościoła. A zarazem ma to być „inteligencja”, a więc wszelkie działania apostolskie, społeczne czy też charytatywne mają być działaniami inteligentnymi. Zwróćmy uwagę: gdy mówię „inteligencja”, mam na myśli nie tyle jakąś określoną grupę społeczną (dziś tak naprawdę nie sposób tego precyzyjnie wyodrębnić), ale określony sposób życia, myślenia i działania. W szczególności, w odniesieniu do apostolstwa słowo „inteligencja” oznacza, że ma ono być „czytelne”. Świadectwo czytelne to takie, które w naszym pluralistycznym świecie będzie zrozumiałe – w takim stopniu, w jakim to możliwe – dla każdego: dla ludzi zagubionych w sobie i w świecie, dla nie-katolików, co więcej, także dla nie-chrześcijan.

Taka czytelność, a więc zrozumiałość, to bardzo poważne zadanie dla każdego z nas. Czytamy w Ewangelii: „po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali” ( J 13,35 ), oraz: „wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnie uczyniliście” ( Mt 25,40 ). Wobec tego zasadniczego kryterium wszystkie inne mają już charakter drugorzędny, gdyż to postawa miłości jest podstawą czytelności, zrozumiałości misji Kościoła w świecie.

W swej historii Kościół niejednokrotnie cierpiał prześladowania; były to – i zawsze będą – trudne doświadczenia dla Kościoła, ale nie tragedia. Wśród prześladowań Kościół nabiera sił; tego już zdążyliśmy się nauczyć.

Jest znacznie gorzej, gdy w samej społeczności Kościoła zdarzają się gorszące skandale, ale i to nie jest jeszcze tragedia. Kościół potrafi się oczyścić. Mamy nadzieję, że i dzisiejsze skandale – jak choćby w kilku krajach sprawy księży-pedofilów, czy też w naszym, środkowo-europejskim obszarze problemy kolaboracji części duchowieństwa z reżimem komunistycznym – zaowocują stopniowym oczyszczeniem Kościoła.

Natomiast prawdziwą tragedią dla misji Kościoła staje się dopiero sytuacja, w której ludzie przestają kojarzyć jego posługę z objawieniem tej podstawowej prawdy, że każdy człowiek jest umiłowanym przez Boga Jego dzieckiem. Sytuacja, w której Kościół nijak nie kojarzy się już ludziom z faktem, że „tak Bóg umiłował świat, iż Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” ( J 3,16 ). Z tego rodzaju sytuacją mamy dziś, niestety, do czynienia w niektórych środowiskach Europy zachodniej. Dlatego postawa miłości, do której wzywa nas Boże Słowo, winna być czytelna; a nie wolno zapomnieć, że wymaga to od każdego z nas, chrześcijan, szczególnej „przeźroczystości” w odniesieniu do daru Bożej łaski: Boża miłość ma objawić się w nas, w naszym życiu, w naszych relacjach z bliźnimi. „Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie.” ( Mt 5,16 ). Stosunkowo łatwo mi jest zrobić coś dobrego tak, aby ludzie mnie pochwalili; ale bardzo trudno robić to tak, aby chwalili nie mnie, lecz Boga.

2. W jaki sposób mamy uczyć się takiego inteligentnego, a więc czytelnego świadectwa? Trzeba nam stale poszukiwać inspiracji w nauce Soboru i papieży, a także w życiu Kościoła powszechnego. Chcę w tym miejscu podkreślić ten postulat, gdyż chyba nie zawsze i nie wszędzie zdawano sobie z tego sprawę. W szczególności, gdy po 1989 roku Kościoły w Europie środkowo-wschodniej odzyskały wolność działania, niejednokrotnie punktem odniesienia dla ich programów i aktywności nie stały się aż tak bardzo problemy Kościoła powszechnego (w szczególności nauczanie Soboru Watykańskiego II-go). Zamiast tego próbowano raczej wracać do starego, sprawdzonego, dobrze znanego modelu: do zapamiętanych sytuacji oraz sposobu pojmowania wspólnoty i misji Kościoła takich, jakie „obowiązywały” przed 1939 rokiem, a więc przed utratą niepodległości.

W opinii zmarłego przed trzema laty profesora Stefana Swieżawskiego, najważniejszym wydarzeniem XX-go wieku był Sobór Watykański II. Jak dzisiaj wygląda recepcja tego Soboru w naszym kraju? Jak dotąd, nie przynosi, niestety, dostatecznych owoców; właściwie, poza reformą liturgii (przeprowadzoną w bardzo wyważony sposób: wielka tu chyba zasługa Prymasa Stefana Wyszyńskiego), niewiele dotarło do świadomości ogółu wierzących. Jeśli już coś było – to myśl soborowa była stale podejmowana właśnie w Klubach Inteligencji Katolickiej. Czasem lepiej, czasem gorzej, ale zawsze była.

Dziś, gdy nasz polski Kościół staje wobec nowych wyzwań w jednoczącej się Europie, warto także przypomnieć, iż charakterystyczną cezurą dla Kościoła w Polsce, a także dla polskiej kultury był czas sławetnego „potopu” w połowie XVII wieku. Przed owym „potopem” Kościół polski był otwarty na dialog z wszelkiego rodzaju myślą europejską: jego przedstawiciele uczestniczyli w wielkich religijno-kulturowych wydarzeniach i procesach w Europie. Był to niemal od swych początków Kościół misyjny; wystarczy wspomnieć wielką kartę misji ewangelizacyjnej polskich franciszkanów i dominikanów na Kresach Wschodnich, misji pokojowych (w odróżnieniu na przykład od misji krzyżackich, będących jakimś

Colloquium Charitativum, „przyjacielska rozmowa” – spotkanie katolików i protestantów, zwołane w Toruniu z inicjatywy króla Władysława IV Wazy w celu przywrócenia jedności i zgody między wyznaniami. Gdy w Europie toczyły się walki wyznaniowe, w Toruniu różniący się w wierze wspólnie modlili się i poszukiwali zbliżenia; był to ważny krok w dziejach ekumenizmu (zob. np. Wielka Encyklopedia PWN, t. 6, str. 124). 

elementem świadomego podboju kraju). Kultura polska rozwijała się żywo na styku łacińskiej i greckiej tradycji chrześcijaństwa: nasi przodkowie potrafili czerpać korzyści z bogactwa obu tradycji, z „obu płuc Kościoła”. Polska słynęła także z tolerancji religijnej: gdy Francja jeszcze nie pozbierała się po Nocy św. Bartłomieja, a w Niemczech ciągle tu i ówdzie toczyły się wojny religijne, w Polsce, w Toruniu, w 1645 roku miało miejsce słynne Colloquium Charitativum.

Natomiast począwszy od drugiej połowy XVII wieku wyraźnie obniża się w Polsce „próg tolerancji” (pojawiło się przekonanie, że innowiercy mogą być politycznie niepewni: ewangelicy mogliby na przykład popierać Szwedów, a prawosławni – Rosjan). Zarazem w bardzo trudnej sytuacji polityczno-wyznaniowej tamtych czasów Kościół zaczyna się jakby zamykać w sobie. Wprawdzie kolejne stulecia przynoszą również w Polsce liczne owoce w postaci kolejnych świętych, ale nasz Kościół nie jest już tak żywo obecny w życiu kulturowym, a nawet duchowym ówczesnej Europy. Wyjątek stanowi może właśnie Kraków, gdzie dawne jagiellońskie tradycje, sięgające czasów Pawła Włodkowica i innych wybitnych humanistów, nadal były w pamięci; to do nich będzie potem świadomie nawiązywał arcybiskup Karol Wojtyła – potem papież Jan Paweł II. Nawiązaniem do tych wielkich tradycji stał się w szczególny sposób Synod Kościoła krakowskiego. Wielka szkoda, że późniejszy Synod ogólnopolski nie poszedł tą samą drogą; zabrakło, widać, szerokiej wizji kardynała Wojtyły.

3. Miłość Kościoła, w którym mamy żyć i działać, to także zdolność do mądrej, twórczej krytyki Kościoła. Mówię o tym, gdyż wobec Klubów Inteligencji Katolickiej wysuwano czasem zarzuty nadmiernego „krytykanctwa” w odniesieniu do życia Kościoła w Polsce. Otóż warto wspomnieć debatę na temat „granic krytyki Kościoła”, jaka przed kilkunastu laty miała miejsce w naszym krakowskim dominikańskim duszpasterstwie akademickim. Obecny wówczas w Krakowie pewien uczony dominikanin ze Szwajcarii podsumował wtedy ten problem następująco: „Kościół można (i należy) krytykować w tym stopniu, w jakim się go kocha”. To stwierdzenie wyraża podstawową prawdę: skoro Kościół ukazuje się w pełni jako „lud zjednoczony jednością Ojca i Syna, i Ducha Świętego” (KK, 4), to wszelka ocena, w której brakuje miłości, będzie zawsze spojrzeniem z zewnątrz Kościoła. A wówczas – niewiele zobaczymy, a jeszcze mniej zrozumiemy i nie sposób już będzie nazywać takiej postawy katolicką. Potrzeba nam więc tego trwania w miłości Kościoła, aby wspólnie go budować, aby móc go także owocnie krytykować. O tym zawsze należy pamiętać, zwłaszcza gdy z głęboką troską patrzymy na współczesne mankamenty naszego Kościoła.

4. Dziś pojawiają się nowe wyzwania, nowe problemy, które należy podjąć z wykorzystaniem – rzecz jasna – całej naszej inteligencji. Przede wszystkim trzeba do końca zdać sobie sprawę z „zaległości”, a więc z demoralizującego oddziaływania ideologii komunistycznej. Ważnym elementem tej ideologii była swoista „gloryfikacja proletariatu”, prezentowanego jako wiodąca klasa społeczna (w odróżnieniu od ziemiaństwa, burżuazji i innych „wykształciuchów”). Jednym z obserwowanych dziś skutków takiej propagandy jest to, że człowiek, który ciężką pracą dorobił się majątku, natychmiast podejrzewany jest o malwersacje; natomiast ten, kto uchyla się od pracy i stara się żyć z renty, z zasiłków czy też innych dóbr ewidentnie wyłudzanych, nie tylko nie podlega napiętnowaniu, ale przeważnie sam nie poczuwa się do żadnej winy. W Kościele w ogóle nie podnosi się tej sprawy (rzecz nie do pomyślenia np. w Kościele w USA, gdzie zwyczaj życia na cudzy koszt traktowany jest jako poważny grzech przeciw społeczności).

Rozpanoszenie postaw wyłącznie roszczeniowych to jedna z najgroźniejszych plag społecznych we współczesnej Polsce. I dlatego troska u ubogich, zarówno o najbiedniejszych członków parafii jak i o osoby bez stałego miejsca zamieszkania (tym trzeba, notabene, pomagać w zupełnie innym trybie!), musi brać pod uwagę konieczność właściwego wychowywania społeczeństwa. Chrześcijańska miłość winna być ofiarna, ale nie może być absurdalna! Potrzebna swoista „samoorganizacja charytatywna”, budowana z pełną świadomością tego, iż zwłaszcza w czasie stanu wojennego ludzie nauczyli się z parafii brać – natomiast w zbyt małym stopniu nauczyli się sami dawać.

Co więcej, w skali całego kraju mamy dziś do czynienia z populistyczną „demoralizacją zinstytucjonalizowaną” na masową skalę, prowadzoną przez niektórych polityków, wedle zasad niepisanego paktu: „władza za brak wymagań”. Politycy nie będą niczego od nikogo (poza własnymi politycznymi przeciwnikami) wymagać, aby, broń Boże, nie zrazić do siebie potencjalnych wyborców. Niezmiernie ważna staje się zatem zasada, zaproponowana swego czasu przez p. Stefana Wilkanowicza:

Każdy człowiek jest ważny,
Każdy człowiek jest potrzebny,
Każdemu trzeba pomagać,
Od każdego trzeba wymagać.

Nasi politycy w większości boją się tego ostatniego stwierdzenia jak ognia! Co więcej, niektórzy spośród nich próbują dziś – dla celów politycznych, rzecz jasna – przedstawiać Polskę „solidarną” oraz Polskę „liberalną” jako przeciwieństwa; tymczasem te dwie rzeczywistości nie muszą, ani nawet nie powinny być wzajemnie sprzeczne. Oczywiście, mówię tu o liberalizmie w sensie polityczno-gospodarczym, a nie o tzw. „libertynizmie”, będącym swoistą postawą wobec problemów etyki i wychowania. Tu ujawnia się strukturalna słabość naszej demokracji – a zarazem pojawia się poważne wyzwanie pod adresem Kościoła. Tyle, że i w Kościele trudno czasem podejmować te zagadnienia, bo nawet księża zostali nieświadomie, bardzo głęboko „zainfekowani” taką „pseudo-egalitarystyczną” propagandą.

Swego czasu wybitny polski filozof, o. Józef Innocenty Bocheński OP (zmarły w 1995 r.), były rektor katolickiego uniwersytetu we Fryburgu (w Szwajcarii), tłumaczył nam, iż dla normalnego funkcjonowania i rozwoju każdego narodu potrzebna jest w tym narodzie silna elita. Naród, podobnie jak każde państwo, musi mieć swoją elitę (i trzeba jej dobrze płacić!). Kto naprawdę zalicza się do elity narodu czy państwa? Hiszpański filozof i socjolog, José Ortega y Gasset (zmarły w 1955 r.) wskazywał między innymi szczególnie ważną cechę, odróżniającą „elitę” od „mas”: do elity mogą należeć ci, którzy potrafią sami sobie stawiać wymagania. Natychmiast przychodzą na pamięć słowa, jakie Jan Paweł II kierował do polskiej młodzieży: „Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od Was nie wymagali.” (Częstochowa, 18 czerwca 1983). Klub inteligencji katolickiej, podobnie jak duszpasterstwa młodzieży, to szczególne miejsca, gdzie musimy uczyć się, jak wymagać sami od siebie.

Dzisiaj, bardziej niż kiedykolwiek, stoimy w naszym kraju wobec poważnego wyzwania wobec Kościoła: jest nim pilna potrzeba budowania i uczenia chrześcijańskiej solidarności. Jest to nieodzowne wobec tragicznego poziomu kultury społecznej w naszym kraju (najlepiej to widać w jakości debat politycznych), wobec powszechnej ekspansji wzajemnej nieufności i zawiści, wobec zagubienia sensu pojęcia dobra wspólnego. Trzeba dziś otwarcie powiedzieć: jeśli Kościół nie nauczy ludzi solidarnej troski o dobro wspólne, to nikt ich tego nie nauczy, bo w większości rodzin młodzi nie otrzymają żadnego wychowania w tym względzie. Co gorsza – szerzący się obecnie w relacjach politycznych klimat wrogości to poważne zagrożenie, iż dorobek społecznego nauczania Jana Pawła II zostanie w Polsce kompletnie zagubiony.

Rozmawiałem przed dwoma laty z moimi braćmi – dominikanami hiszpańskimi; pytaliśmy ich, dlaczego chrześcijanie w Hiszpanii nie potrafią skutecznie przeciwstawiać się różnym dziwacznym pomysłom lansowanym w tamtejszym prawodawstwie przez socjalistów i liberałów. Odpowiedzieli, że popularne duszpasterstwo w Hiszpanii (w tym tamtejsze ruchy charyzmatyczne, jak choćby szeroko rozwinięty Neokatechumenat) obejmuje sprawy religijności osobistej czy też życia w rodzinie, ale nie posuwa się dalej, w szczególności nie sięga kwestii uczestnictwa w życiu społecznym i politycznym. Skutki tego takie, że hiszpańscy chrześcijanie nie mają proporcjonalnej reprezentacji w parlamencie, a sprawy prawodawstwa pozostawione są w dużej mierze właśnie socjalistom czy liberałom (choć tu właśnie chciałoby się raczej powiedzieć: libertynom).

Dlatego tak ważne jest dzisiaj nowe apostolstwo – inteligentne, czytelne szerzenie społecznej nauki Kościoła. Kluby inteligencji katolickiej zawsze podejmowały te wyzwania – i chwała im za to. Szkoda tylko, że czasami mało skutecznie (czyli: mało przekonywująco).

5. Kolejne, szczegółowe wyzwania pojawiają się w związku z procesem integracji europejskiej. W swojej adhortacji Ecclesia in Europa papież Jan Paweł II tłumaczył nam, iż nowe więzi i nowe uprawnienia pociągają za sobą w sposób nieuchronny nowe powinności, a więc nowy zakres wzajemnej odpowiedzialności za wspólne dobro. Dobro, które musimy umieć dostrzegać zarówno w wymiarze krakowskim, jak też polskim czy wreszcie europejskim. Potrzeba zatem także nowej krytyki.

Odpowiedzialność Kościoła za współczesny świat to w szczególności sprawa misji. Bardzo dobrze, iż coraz liczniejsi misjonarze wyjeżdżają z Polski, zarówno do środowisk polskich za granicą jak i do bezpośredniej służby w Kościołach lokalnych; warto byłoby natomiast, aby w większym stopniu owocowało to rozwojem bezpośrednich kontaktów „między-parafialnych”, a więc ze wspólnotami parafialnym oraz stowarzyszeniami chrześcijańskimi w innych krajach, zarówno na Wschodzie jak i w krajach Unii Europejskiej. Nawet gdy w różnych Kościołach lokalnych na pierwszy plan wychodzą inne pytania i trudności, wspólne przeżywanie naszego chrześcijaństwa, a zarazem wspólne poszukiwania nowych dróg mogą być obustronnie niezwykle owocne.

6. W Ewangelii dzisiejszej Mszy świętej słyszeliśmy słowa: „Uważajcie ... aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych.” Otóż wydaje się, iż owa „ociężałość serca” to nie tyle sprawa nadmiernego jedzenia czy picia; to przede wszystkim sytuacja, w której ktoś myśli lub mówi: NIE WARTO. Nie warto angażować się, nie warto czynić dobra, nie warto służyć, nie warto podejmować wysiłków.

Dzisiaj, po 50-latach działalności Klubu Inteligencji Katolickiej trzeba sobie powiedzieć: Było warto. I dziś jest warto. Amen.

Marek Pieńkowski OP — urodzony w Zamościu (1945), absolwent liceum Tadeusza Reytana w Warszawie i Wydziału Matematyki i Fizyki UW, doktor nauk matematycznych. W latach 1972 – 1974 pracował jako adiunkt w Instytucie Matematycznym PAN w Warszawie. W 1974 r. wstąpił do Polskiej Prowincji Dominikanów, po nowicjacie oraz studiach filozoficzno-teologicznych otrzymał w 1980 r. święcenia kapłańskie. W latach 1981 – 1982 studiował filozofię pod kierunkiem prof. Jeana Ladrière’a na uniwersytecie w Louvain-la-Neuve (Belgia). W ramach grupy badawczej prowadzonej przez ks. prof. Michała Hellera podjął współpracę naukową w zakresie filozofii przyrody i filozofii nauk przyrodniczych na Wydziale Filozoficznym PAT w Krakowie, prowadził wykłady z logiki i filozofii przyrody na PAT oraz w Kolegium Filozoficzno-Teologicznym oo. Dominikanów. Pomagał w pracy dominikańskiego duszpasterstwa akademickiego „Beczka”, przez kilka lat był członkiem Krajowej Rady Odnowy w Duchu Świętym. W okresie 1995 – 1998 r. był przeorem klasztoru Dominikanów w Warszawie (na Służewie). Od 1999 r. ponownie w Krakowie, poświęcił się pracy w ESPACES, dominikańskim stowarzyszeniu, które zajmuje się problemami integracji europejskiej. Biura Stowarzyszenia mieszczą się także w Brukseli, Strasbourgu, Berlinie, Pistoi i Madrycie; biuro krakowskie zajmuje się przede wszystkim sprawami Europy Środkowej i Wschodniej.

 

 

DEKALOG DEMOKRACJI PO CHRZEŚCIJAŃSKU ROZUMIANEJ

Stefan Wilkanowicz

Kościół docenia demokrację jako system, który zapewnia udział obywateli w decyzjach politycznych i rządzonym gwarantuje możliwość wyboru oraz kontrolowania własnych rządów, a także — kiedy należy to czynić - zastępowania ich w sposób pokojowy innymi.
Nie może zaś demokracja sprzyjać powstawaniu wąskich grup kierowniczych, które dla własnych partykularnych korzyści albo dla celów ideologicznych przywłaszczają sobie władzę w Państwie.
Autentyczna demokracja możliwa jest tylko w państwie prawnym i w oparciu o poprawną koncepcję osoby ludzkiej. Wymaga ona spełnienia koniecznych warunków, jakich wymaga promocja zarówno poszczególnych osób, przez wychowanie i formację w duchu prawdziwych ideałów, jak i ,,podmiotowości" społeczeństwa, przez tworzenie struktur uczestnictwa oraz współodpowiedzialności.

Dziś zwykło się twierdzić, że filozofią i postawą odpowiadającą demokratycznym formom polityki są agnostycyzm i sceptyczny relatywizm, ci zaś, którzy żywią przekonanie, że znają prawdę, i zdecydowanie za nią idą, nie są, z demokratycznego punktu widzenia, godni zaufania, nie godzą się bowiem z tym, że o prawdzie decyduje większość, czy też, że prawda się zmienia w zależności od zmiennej równowagi politycznej.
W związku z tym należy zauważyć, że w sytuacji, w której nie istnieje żadna ostateczna prawda, będąca przewodnikiem dla działalności politycznej i nadająca jej kierunek, łatwo o instrumentalizację idei i przekonań dla celów, jakie stawia sobie władza. Historia uczy, że demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm.

Centesimus annus, 46 Najlepszy użytek z encyklik robią ci, którzy usiłują wyciągać z nich wnioski, zarówno rozwijając dalej refleksje w nich zawarte, jak też podejmując działania realizujące ich cele. Z konieczności te „ciągi dalsze" muszą mieć pluralistyczny charakter, muszą się różnicować w zależności od warunków, a różnicują się także ze względu na zasób wiedzy i doświadczeń każdorazowego komentatora i realizatora. Rozważania poniższe nie są więc dekalogiem przez autora do wierzenia podanym, lecz dziesiątką tez-propozycji, zakorzenionych w chrześcijańskim rozumieniu człowieka i społeczeństwa, a mówiących także o trudnościach i drogach budowania demokracji w Polsce dzisiejszej.

Przytoczony powyżej cytat z encykliki Jana Pawła II nie jest oczywiście jedynym tekstem, który bezpośrednio mówi o demokracji, bo jest ich wiele - i w tej encyklice i w papieskim nauczaniu zawartym w różnych dokumentach czy przemówieniach. Sądzę zresztą, że jest ono ściśle z encykliką związane - w przemówieniach i homiliach Papież „ukonkretnia" encyklikę, ta zaś uzasadnia i wyjaśnia (lub uzupełnia) niektóre sformułowania pielgrzymkowego nauczania. Cytat ten jest jakby kwintesencją Jego myśli i stąd biorę go jako punkt odniesienia dla moich rozważań.

I. Demokracja to typ kultury wypływający z godności człowieka

Demokracja to nie tylko metoda sprawowania władzy przy pomocy parlamentarnych instytucji, ale pewien typ kultury, obejmującej postawy ludzkie, system wartości, obyczaje i prawa. Wynika ona z pojmowania człowieka jako stworzonego przez Boga na Jego obraz i podobieństwo, powołanego do naśladowania Go i jednoczenia się z Nim, kochanego przez Niego; mającego zatem nieusuwalną godność, niezależną od tego czy jest embrionem lub osobą psychicznie zdegradowaną, świętym czy zbrodniarzem.

We współczesnej naszej cywilizacji człowiek też jest zagrożony, choć coraz częściej mówi się o jego prawach i znajdują one swój wyraz w prawodawstwie. Jednocześnie bowiem istnieje tendencja do ich wybiórczego traktowania czy stwarzania w nich wyłomów - jak np. wobec dzieci nienarodzonych. Decydowanie o tym, komu można odmówić prawa do narodzenia się lub na kim można dokonywać naukowych eksperymentów, często zależy nie tyle od takich czy innych przekonań o początku człowieczeństwa, ile od mniej lub bardziej dowolnego nadawania i odbierania statusu człowieczeństwa lub decydowania o tym, kto wart jest życia, a kto nie zasługuje na nie.

Jest to rewolucja o trudnych do ogarnięcia wyobraźnią skutkach, stanowiąca fundamentalne zagrożenie dla człowieka.

II. Człowiek jest powołany do wolności i do solidarności

Człowiek jest powołany do rozwoju, a zatem do wolności, do wyzwalania się z zewnętrznych i wewnętrznych zniewoleń, do osiągania zdolności wyboru dobra i możliwości jego realizacji.

Wolność jest więc prawem i obowiązkiem człowieka. Jest prawem wynikającym z jego godności, z jego podobieństwa do Boga. Jest obowiązkiem wobec siebie i innych, potrzebna jest bowiem dla własnego rozwoju i dla realizacji dobra wspólnego.

Niewolnicy z trudem mogą się rozwijać i z trudem osiągają prawdziwą solidarność. Najgorszym stanem niewoli jest jednoczesne zniewolenie zewnętrzne i wewnętrzne, przymus ze strony państwa, organizacji czy nietolerancyjnej opinii społecznej, stan wykluczenia oraz ciężar wad, bierności, strachu, schematów myślowych, ślepych namiętności i paraliżującego egoizmu.

Równocześnie człowiek jest wezwany do solidarności będącej praktycznym wyrazem miłości bliźniego a zarazem wymogiem wynikającym z faktu rosnącej współzależności między ludźmi, nawet między najbardziej oddalonymi członkami rodziny ludzkiej. Tej solidarności domaga się w szczególności zagrożenie środowiska naturalnego, któremu zapobiegać można przez międzynarodową współpracę w globalnej skali.

Na pozór mniej oczywiste, ale nie mniej groźne jest rozdarcie ludzkości na dwie części - na tych, którzy mogą się rozwijać i tych, którzy tej możliwości w praktyce nie mają, którzy się z trudem utrzymują przy życiu lub mają ograniczony dostęp do kultury. Są to zjawiska tej skali i takiej intensywności, że bez stworzenia instytucjonalnych form globalnej solidarności przezwyciężenie ich jest praktycznie niemożliwe.

Miejsce człowieka w społeczeństwie jest wyznaczone przez wolność i solidarność - wartości wzajemnie się uzupełniające, gwarantujące zdrowy udział osoby w życiu społecznym.

III. Udział w życiu społecznym warunkiem i metodą rozwoju

Ten udział jest konieczny dla rozwoju, przybierać powinien różne formy, swobodnie tworzone i wybierane, na różnych poziomach życia społecznego. Wolny w nich udział jest szkołą inicjatywy i solidarności, ich wielość tworzy warunki dla demokracji pełnej, wyrażającej się w całokształcie życia społecznego i będącej gwarantem demokracji politycznej. Przeciwieństwem pełnej demokracji jest bierność oraz egoizm indywidualny lub zbiorowy. Ten ostatni wyraża się najczęściej w pojmowaniu solidarności w sposób okrojony i zdeformowany jako solidarności pewnej grupy przeciwko innej.

Solidarność pełna musi obejmować solidarność z kimś, zwłaszcza z upośledzonymi i prześladowanymi, kłaść nacisk na dobro wspólne, które jest gwarantem dobra wszystkich grup społecznych, choć może być sprzeczne z ich doraźnymi interesami czy dążeniami do dominacji. Sztuka demokracji polega na umiejętności znajdowania dobra wspólnego (na różnych poziomach) i pracy dla jego realizacji, wymaga zatem rozwoju postaw solidarności i umiejętności kompromisu, godzenia sprzecznych interesów. Jeśli opiera się tylko na grze sił, łatwo zamienia się w niszczącą wojnę wszystkich przeciwko wszystkim i w konsekwencji prowadzi do niszczenia dobra wspólnego.

Wydaje się, że siła ruchu „Solidarności" w latach osiemdziesiątych płynęła m.in. stąd, że wyrażała ona interesy większości społeczeństwa, utożsamiane z dobrem wspólnym kraju, a sprzeczne jedynie z doraźnymi interesami grupy rządzącej. Zawierały się więc w niej nadzieje na poprawę bytu i realizację praw moralnych, czyli pełni praw człowieka.

Obecne ostre konfrontacje, związane z ujawnianiem się sprzeczności doraźnych interesów różnych grup społecznych, ukazały płytkość postaw solidarnościowych i brak demokratycznej kultury, łatwość nasilania się grupowych egoizmów, stłumioną, a niekiedy otwartą agresywność i słabość demokratycznych mechanizmów. Do tego dochodzi narastanie małej przemocy codziennej, widocznej już wśród dzieci, wyrażającej się w wymuszeniach i „drobnym terrorze” w szkole, a potem w blokowiskach, a dalej „falę” w wojsku.

Nie mamy francuskiego „buntu przedmieść” bo nie mamy jednoczesnej dezintegracji ekonomicznej i etniczno-kulturowej, jak dotąd tylko zapaść cywilizacyjną popegeerowskich terenów. Ale rozwarstwienie ekonomiczno-spoleczne jest duże i postępuje.

IV. Pełny rozwój życia społecznego warunkiem pełnej demokracji

Pełna demokracja obejmuje system parlamentarny z klasycznym podziałem władz, samorząd lokalny, organizacje pracowników i pracodawców, wszelkiego typu stowarzyszenia mające różne cele społeczne.

Każdy człowiek pełni różne role w społeczeństwie i ma różne potrzeby, jest producentem, pracownikiem, konsumentem, mieszkańcem i uczestnikiem życia kulturalnego. Jako mieszkaniec będzie chciał usunięcia zanieczyszczającej środowisko fabryki, a jako jej pracownik będzie obawiał się utraty pracy czy zmniejszenia zarobków w wyniku zwiększonych kosztów ochrony środowiska.

Jednocześnie będzie żądał poprawy warunków pracy w obawie o swe zdrowie.

Będzie pragnął tanich książek czy biletów na koncerty, ale wolałby nie płacić większych podatków, dzięki którym filharmonie utrzymują się przy życiu.

Chce oczywiście taniej żywności, a zatem jest przeciwny wysokim cłom na żywność importowaną, ale jeśli krajowi rolnicy nie wytrzymają konkurencji z zagranicznymi, to koszty bankructwa wielu gospodarstw w pośredni sposób spadną także na niego, podobnie jak koszty ich protestów.

Musi więc stale uczyć się mądrych wyborów i osiągania kompromisów potrzebnych dla dobra wszystkich.

Demokracja obejmuje więc także gospodarkę i kulturę. W sferze celów chodzi tu o zabezpieczenie wszystkim minimum poziomu życia i dostępu do podstawowej kultury poprzez oświatę i środki przekazu.

W dziedzinie metod dążymy do rozwoju obyczajów, praw i mechanizmów pobudzających inicjatywę i twórczość wszystkich, ich czynny udział w życiu kulturalnym i gospodarczym.

W dziedzinie kultury nie będzie tu chodziło jedynie o amatorską twórczość, ale najpierw o świadome korzystanie z dóbr kultury, o jej czynny odbiór, dalej zaś o udział w inicjatywach zmierzających do rozwoju kultury we wszelkich jej przejawach, do indywidualnych i społecznych form mecenatu.

W życiu gospodarczym zmierzamy do upowszechnienia inicjatywy gospodarczej także wśród pracowników, do ich wszechstronnego udziału w życiu przedsiębiorstwa. Demokracja gospodarcza nie polega oczywiście na wiecowym kierowaniu przedsiębiorstwem, lecz na przechodzeniu od jego modelu autorytarno-konfrontacyjnego do partycypacyjnego, w którym lepiej zabezpieczone są prawa pracowników, a jednocześnie większa jest ich troska o dobro przedsiębiorstwa.

Doświadczenia szeregu krajów wskazują, że jest to osiągalne i daje dobre rezultaty, zarówno w dziedzinie ściśle ekonomicznej jak moralno-politycznej, wymaga jednak dość wysokiego poziomu kultury społeczno-ckonomicznej. Koszty demokracji zwracają się wtedy z nawiązką dzięki wyższej jakości pracy i eliminacji strajków. W ramach pełnej, rozwiniętej demokracji, lepiej funkcjonują partie polityczne, zasilane dopływem ludzi o wyższej kulturze społecznej, przyzwyczajonych do działania w sferze szeroko rozumianej polityki, tzn. troski o dobro wspólne. Jednocześnie różnego rodzaju organizacje znacznie skuteczniej mogą kontrolować partie polityczne niż amorficzne, sproszkowane społeczeństwo. Dominacja partii nad życiem społecznym jest niebezpieczna; przekonaliśmy się o tym w czasach realnego socjalizmu, widzimy to niebezpieczeństwo dzisiaj, ukazują to również doświadczenia wielu innych krajów.

Zdrowa demokracja buduje się od dołu, a jeśli przechodzenie od totalizmu do demokracji wymaga szybkich przekształceń, to nie powinny być one wybiórcze, zwłaszcza nie powinny wprowadzać dominacji partii niedojrzałych, wkraczających na pole walki o władzę bez poważnych programów i środków działania. Demokracja powinna objąć także stosunki międzynarodowe, a to w dwojaki sposób: wprowadzając stopniowo instytucje międzynarodowe nastawione na troskę o dobro wspólne całej ludzkości (włącznie z różnymi rodzajami władz o zasięgu regionalnym i globalnym) i rozbudowując współpracę pomiędzy różnymi grupami i stowarzyszeniami, współpracę przekraczającą granice państwowe czy kulturowe. Integracja europejska jest przykładem tego dążenia, wprawdzie ustawicznie hamowanego i deformowanego, niemniej zdążającego ku demokracji globalnej.

V. Kultura demokratyczna warunkiem demokracji

Tyle demokracji, ile demokratycznej kultury. Samo istnienie demokratycznych instytucji nie gwarantuje funkcjonowania demokracji, łatwo bowiem o ich kompromitację - nie tylko przez nadużycia, ale przede wszystkim wskutek prostej niesprawności, niemożności podejmowania szybkich, ale dojrzałych decyzji.

W skład demokratycznej kultury wchodzi podstawowa wiedza o społeczeństwie (w tym konieczny pewien poziom znajomości prawa), praktyczna znajomość parlamentarnych procedur oraz cnoty społeczne czyli postawy prospołeczne i sprawności działania dla dobra wspólnego. Kultura ta nie da się osiągnąć jedynie przez książkową wiedzę, wymaga doświadczenia, a zatem praktykowania demokracji nawet bez uprzedniego przygotowania do niej. Jest to zatem długotrwały proces, stale zagrożony regresem. Może się pozytywnie rozwijać, jeśli jego uczestnicy uznają się za ludzi uczących się demokracji, nie zaś za tych, którzy są demokratami, ponieważ walczyli z jej wrogiem — totalizmem.

Walka z totalizmem wcale nie jest - a przynajmniej nie musi być- szkołą demokracji, bywa nawet przeciwnie, ponieważ w trakcie tej walki instytucje demokratyczne nie mogą się rozwinąć, a ponadto prawie zawsze następuje jakieś zakażenie złem charakterystycznym dla przeciwnika. Jest to prawda trudna do zaakceptowania, wymaga pokory, niełatwej dla tych, którzy się przyzwyczaili, że mają rację i są dobrzy, bo walczyli czy walczą o słuszną sprawę.

Poziom kultury demokratycznej jest w krajach postsocjalistycznych niski i to zapewne jest główną przeszkodą w budowaniu demokracji. Stosunkowo najłatwiejsze jest chyba upowszechnianie elementarnej wiedzy o procedurach parlamentarnych i pracy zespołowej - istnieje w tej dziedzinie obfita literatura, z której można czerpać.

VI. Cywilizacja ekspertów wymaga demokracji powszechnej

Współczesna cywilizacja cierpi na szczególne rozdarcie. Jest w niej obecna silna tendencja do demokratyzacji, do powszechnego uczestnictwa w życiu społecznym, niemal do demokracji bezpośredniej, a jednocześnie wymaga coraz większej ilości ekspertów, bez pomocy których nie sposób podejmować odpowiedzialnych decyzji.

Rośnie stale złożoność życia społecznego i współzależność w skali globalnej, a ta sieć współzależności jest coraz bardziej wrażliwa na zakłócenia. Widać to na przykładzie międzynarodowego terroryzmu, ale nie mniej groźne są niewiedza i niedbałość ludzi dobrej woli. Mamy w swoim władaniu coraz potężniejsze środki (nie tylko środki służące zniszczeniu) i coraz trudniej je kontrolować.

Spór o elektrownie atomowe jest tu przykładem najbardziej wymownym - jasne jest, że muszą tu decydować eksperci, ale oni sami nie mogą często dojść do wspólnego stanowiska, a ich ekspertyzy są kwestionowane przez „szarych ludzi", którzy widzą kradzież cementu przeznaczonego na budowę supernowoczesnych urządzeń czy też poziom spożycia alkoholu u ludzi mających je obsługiwać.

Wiemy już trochę, co mogą powodować wirusy w komputerach, ale jeszcze nie wyobrażamy sobie, jakie perturbacje będzie można wywoływać w globalnej sieci informatycznej i jakie mogą być ich konsekwencje.

A broń biologiczna? Jeszcze nie została użyta na wielką skalę, ale nie można tego wykluczyć. Jest dość prawdopodobne, że dla swego bezpiecznego i sprawnego funkcjonowania cywilizacja przyszłości będzie wymagała od wszystkich znacznie wyższego poziomu wiedzy, moralności i zdrowia psychicznego.

„Cywilizacja ekspertów" wymaga więc demokracji powszechnej i codziennej, a nie dyktatury.

VII. Wykorzenienie totalitarnej mentalności warunkiem rozwoju demokracji

W krajach postsocjalistycznych rozwój demokracji jest hamowany przez szczególne trudności będące dziedzictwem totalizmu. Z jednej strony mamy do czynienia z alergicznym odrzucaniem wszelkiego ograniczania wolności, z nieufnością wobec wszelkiej władzy; występują tu różne ideologiczne motywacje, najczęściej liberalne lub anarchistyczne, ale psychologiczne źródło jest to samo: doświadczenie totalitarnej dyktatury. Zjawisko to jest niebezpieczne, bo utrudnia budowę demokratycznych instytucji (które mogą być łatwo postrzegane jako prowadzące do nowej nomenklatury) i rozgrzesza indywidualizm.

Równocześnie kształtują się (lub ujawniają) postawy autorytarne i doktrynerskie, dziedziczące komunistyczną mentalność a zmieniające jedynie znaki wartościowania na przeciwne. I tak gloryfikacja kolektywizmu zmienia się w pochwałę indywidualizmu, internacjonalizm ustępuje miejsca nacjonalizmowi, itd. Nie jest to niczym dziwnym, realny socjalizm charakteryzował się bowiem mieszaniną dogmatyzmu, relatywizmu i manicheizmu. Prawdy zmieniały się w rytmie zjazdów partii czy sesji plenum KC, ale zawsze były bezwzględne, a równocześnie niezmienny był czarno-biały obraz świata, konieczność istnienia spisku i wroga będącego wcieleniem zła. Ludzie mający tak ukształtowaną mentalność łatwo zmieniają cele nie zmieniając metod. Tymczasem prawdziwej demokracji nie można budować metodami autorytarnymi - cel nie uświęca tu środków, to złe środki go niszczą, mogą stwarzać jedynie pozory demokracji, parawan dla autorytarnych rządów.

Trzecią przeszkodą bywa wyładowywanie się agresji będącej wynikiem stosunków społecznych nie sprzyjających postawom partnerskim, lecz kształtujących mentalność pana/niewolnika, gdzie każdy ulegał jakiemuś przymusowi i wyżywał się na innych. Im szybciej wykryjemy komunizm w nas samych, tym szybciej się go pozbędziemy. Do tego dochodzą nowe zagrożenia: agresywna konkurencja, która staje się niemal elementem światopoglądu oraz lęk wobec przyszłości, zagrażającej bezrobociem i wykluczeniem, lęk wywołujący agresję. Równocześnie szerzy się indywidualizm i niechęć wobec politycznego zaangażowania, „klasa polityczna” staje się obca i godna pogardy.

VIII. Kościół powinien budować demokrację, ale nie angażować się w działalność polityczną

Chrześcijańska wizja człowieka prowadzi do zaangażowania Kościoła w rozwój pełnej demokracji, choć nie może się on utożsamiać z żadnym ustrojem czy partią. W jaki sposób może to czynić? Nie tylko poprzez swoje nauczanie, ale także przez styl życia, przez sposób funkcjonowania swoich instytucji. Kościół wywiera wpływ na życie społeczne najpierw przez swych członków, którzy działają wedle swych chrześcijańskich przekonań, ale także zdarza się, że jego hierarchia czy całe duchowieństwo oddziaływują bezpośrednio na władze państwowe czy administracyjne. Może się to odbywać w sposób niejako spontaniczny, dzięki autorytetowi moralnemu, ale może również mieć charakter zorganizowanej presji.

Wtedy pojawia się ryzyko potraktowania Kościoła jako jednej z grup nacisku, które walczą o swoje interesy - czyli niebezpieczeństwo jego swoistej degradacji. Istotne znaczenie ma tu oczywiście cel tego nacisku i sposób jego wywierania.

Inna jest sytuacja, gdy cel wyraża dobro wspólne, inna gdy jest postrzegany jako interes instytucji, konkurencyjny wobec innych. Akceptowany jest, gdy sposób działania odzwierciedla troskę o człowieka i szacunek wobec ludzi o innych przekonaniach, budzi opór, gdy zabarwia się demagogią i agresją. Najgorzej jest oczywiście wtedy, gdy Kościół walczy o ideały, których w swoim życiu nie realizuje.

Ludzie Kościoła, zarówno duchowni jak świeccy, także ulegają różnym zakażeniom, nie są wolni od opisanych powyżej pozostałości totalitarnego systemu czy też praktycznego materializmu. Ten ostatni nie musi koniecznie wyrażać się w chciwości, częściej w subtelniejszy sposób wpływa nawet na duszpasterstwo, prowadząc do skupiania uwagi na jego wynikach statystyczno-organizacyjnych, na socjotechnice, a nie na świadczeniu Ewangelii.

Podobnie delikatną sprawą jest posługiwanie się partiami politycznymi czy ich popieranie. Oczywiście pasterze Kościoła mają prawo i obowiązek oceny programów i metod działania różnych partii czy organizacji. Ale zbyt bliskie związki władz kościelnych z jakąś partią stwarzają podwójne niebezpieczeństwo: ze strony partii pokusę posłużenia się Kościołem jako narzędziem w walce o władzę, zaś dla Kościoła ryzyko zatraty jego charakteru katolickiego (czyli powszechnego) i transcendentnego w stosunku do wszelkich grup mających doczesne cele. Partie, nawet chrześcijańskie z nazwy, w różnym stopniu starają się realizować istotne dla chrześcijaństwa wartości, zazwyczaj tylko niektóre z nich wysuwają na pierwszy plan w swoich programach i praktycznych działaniach - jest to wprost nieuniknione. W różnym też stopniu przezwyciężają swoją „partyjność" czyli przedkładanie interesów partii nad dobro wspólne całego społeczeństwa, dosyć często nie umieją się wystrzegać demagogii i oczerniania przeciwników.

Wszystkie partie podlegają pokusie doraźności (byle do wyborów) i dominacji taktycznych rozgrywek nad zasadniczymi celami. Każda kampania wyborcza obniża poziom kultury politycznej, nieraz ją niemal niszczy (i bywa, że po niej poziom wzajemnej nienawiści uniemożliwia wszelkie racjonalne działanie). Dlatego organizacje obywatelskie (pozarządowe) z reguły lepiej budują kulturę polityczna, właśnie dlatego, że „nie muszą” dążyć do władzy.

Zadaniem Kościoła jest ewangelizacja życia politycznego, zatem także duszpasterstwo środowisk politycznych, budowanie kultury politycznej środkami duszpasterskimi.

W Polsce nie dopracowaliśmy się jeszcze modelu takiego duszpasterstwa - ani środowiskowego, kierowanego do ludzi zaangażowanych w działalność polityczną sensu stricto czyli do działaczy politycznych różnych szczebli - ani też powszechnego, dotyczącego wszystkich obywateli, którzy powinni mądrze i odpowiedzialnie angażować się w życie publiczne. Brakuje odpowiednio przygotowanych animatorów ewangelizacji środowisk politycznych, brakuje także powszechnego systemu chrześcijańskiej formacji dorosłych.

Wydaje się, że nie da się go stworzyć tradycyjnymi metodami, możliwe jest natomiast twórcze wykorzystanie możliwości internetowych, stworzenie systemu wymiany doświadczeń, refleksji i projektów pomiędzy ludźmi, którzy nie muszą się zawsze spotykać, mogą natomiast uczyć się w sposób interaktywny, mogą przekazywać swoje doświadczenia różnymi, na przykład internetowo-radiowymi drogami, poprzez transmitowane elektronicznie żywe słowo, które uczy i jednocześnie tworzy więź między ludźmi, które łączy wiedzę intelektualisty z mądrością prostego człowieka. Kompetencje naukowców i ekspertów z doświadczeniami ludzi, którzy normalnie „głosu nie mają”.

IX. W Kościele struktura hierarchiczna i wspólnota demokratyczna wzajemnie się dopełniają

Aby Kościół mógł skutecznie wpływać na budowę głębokiej demokracji, powinien sam być jej świadectwem. Ale czy jest to możliwe? Przecież ma strukturę hierarchiczną. Nie jest ani parlamentem, ani stowarzyszeniem, które obrało sobie za patrona Jezusa z Nazaretu. Jego struktura hierarchiczna jest konieczna, ponieważ przez nią dokonuje się przekaz nauczania i darów duchowych płynących od Chrystusa, Głowy Kościoła.

Ale równocześnie pewien rodzaj demokracji jest potrzebny także w Kościele, konieczny dla rozwoju jego członków, którzy uczestniczą w jego misji i są za niego współodpowiedzialni. Nie mogą osiągnąć dojrzałości chrześcijańskiej pozostając jedynie przedmiotami ewangelizacji, nie mogą stać się jej podmiotami bez inicjatywy i odpowiedzialności, a bez tego Kościół nie może stać się w pełni wspólnotą o rodzinnym charakterze, wspólnotą należącą do jego istoty. I nie może skutecznie ewangelizować.

Hierarchia i struktury demokratyczne nie są więc w Kościele sprzeczne, ale się wzajemnie dopełniają. Ich współpraca może być cennym znakiem dla współczesnej cywilizacji zachodniej, gdzie autorytet zanika i szerzą się postawy antyinstytucjonalne, zaś ludzie mają skłonność do wahania się między obojętnym konformizmem a kontestacją.


W polskim społeczeństwie podstawową trudnością jest również sztucznie wytworzony przez komunistyczne władze klerykalizm. Jest on wynikiem zwalczania wszelkich rodzajów aktywności katolików świeckich z równoczesnym szerzeniem przekonania, że religia jest sprawą prywatną, nie mającą żadnego miejsca w życiu publicznym. Prowadziło to stopniowo do rozszerzania zadań księży znacznie poza ich kapłańskie powołanie, do konieczności troszczenia się o sprawy finansowe i administracyjne, zaś świeckich przyzwyczajało do roli obserwatorów czy „konsumentów" którzy mają płacić i bronić, a za to powinni mieć odpowiednią obsługę duszpasterską.

Plan ten oczywiście nie udał się w pełni, ale jego wpływy są widoczne w mentalności wielu świeckich i księży.

X. Kościół prawdziwie kościelny demokrację buduje, Kościół autorytarno-biurokratyczny jej szkodzi

Formacja każdego chrześcijanina wymaga wiedzy o człowieku i społeczeństwie oraz praktyki społecznego działania.

Ewangelizacja polega na świadectwie życia, apostolstwie słowa i działaniu na rzecz innych, zarówno poprzez bezpośrednią pomoc ludziom w potrzebie, jak też przez poprawę warunków życia ludzi, czyli przez przekształcanie całej cywilizacji. Stąd obecność nauczania społecznego jest konieczna w katechezie wszystkich poziomów i w zwyczajnym duszpasterstwie powszechnym. Jego metoda powinna prowadzić do obyczaju samokształcenia, zwłaszcza zespołowego, które samo w sobie jest formą podnoszenia kultury demokratycznej.

Praktyka działania społecznego zaczyna się w parafii przez podejmowanie różnych inicjatyw, choćby najmniejszych, i poprzez udział w pracy różnego rodzaju zespołów i rad. Jest to równocześnie kształcenie się, budowanie Kościoła jako wspólnoty (parafii jako wspólnoty wspólnot) i udział w rozwoju społeczeństwa, bowiem praca ta kształtuje postawy, pobudza inicjatywę i uczy współdziałania dla dobra wspólnego (jako model może tu służyć Duszpasterski Synod Archidiecezji Krakowskiej, który był otwarty dla wszystkich chętnych i przez siedem lat pracował – w latach 1972-1979 - przy pomocy 500 zespołów studyjnych).

Parafia powinna być otwarta na współpracę z środowiskami innych religii oraz laickimi dla większej skuteczności społecznego działania i rozwoju możliwości dialogu. Kościół prawdziwie kościelny - to znaczy rzeczywiście wspólnotowy - buduje społeczeństwo wolne i solidarne; Kościół autorytarno-biurokratyczny jego budowę utrudnia, szkodząc równocześnie samemu sobie.

Powyższe myśli ani nie wyczerpują tematu, ani nie roszczą sobie pretensji do autorytatywnego wykładu papieskiego nauczania, choć jestem przekonany, że z jego ducha wyrastają. Są to po prostu propozycje wynikające z pewnej postawy: poszukiwania bez spuszczania oka z ideału - lub patrzenia na rzeczywistość z ideałem „w tyle głowy".

Pisząc to pamiętam o słowach o. Congara, wypowiedzianych kiedyś w trakcie dyskusji w krakowskim KIK-u: że w sferze stosunków między religią i doczesnością nigdy nie dojdziemy do doskonałej formuły, zawsze będziemy musieli szukać, poprawiać, uzupełniać czy naprawiać, zawsze będziemy „w drodze". Tego typu postaw bardzo nam dziś potrzeba, a najbardziej zagrażają im domorośli dogmatycy i inkwizytorzy.

W budowaniu demokracji chrześcijanie - wszyscy, którzy się za uczniów Chrystusa uważają - mogą odegrać wielką rolę, jeśli ją zrozumieją. Jeśli będą świadomi swej misji powszechnej i swych zadań szczególnych – w budowaniu swoich Kościołów oraz wolnego i solidarnego społeczeństwa. I jeśli będą umieli z sobą współpracować.

 

 

HOMILIA MSZY ŚWIĘTEJ Z OKAZJI JUBILEUSZU STEFANA WILKANOWICZA,
celebrowanej pod przewodnictwem J.E.Ks. Kardynała Stanisława Dziwisza
w kościele pw. św. Andrzeja w w Krakowie dnia 4 stycznia 2009 r.

o. Marek Pieńkowski OP

 

Niedziela 2-ga po Narodzeniu Pańskim – [ – jubileusz Stefana Wilkanowicza w Krakowie ]
(Czytania: Syr 24,1-2.8-12; Ps 147; Ef 1,3-6.15-18; J 1,1-5.9-14)

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo... – ten tekst, początek Ewangelii według świętego Jana, słyszymy już po raz trzeci w okresie Bożego Narodzenia. Warto pamiętać: ta Ewangelia to, według wielu uczonych biblistów, ostatni, najpóźniej zredagowany tekst w całym Piśmie świętym; niejako jego zwieńczenie a zarazem teologiczne podsumowanie.

Roman Brandstaetter, pisarz dobrze znany choćby z monumentalnego dzieła „Jezus z Nazaretu”, zastanawiał się kiedyś, co mógł myśleć święty Jan pisząc te słowa. Ewangelista żył wówczas w środowisku greckim i redagował swe pisma po grecku, ale z pochodzenia i wychowania był Żydem, zapewne dobrze znał dorobek żydowskiej egzegezy Starego Testamentu. Zdaniem Brandstaettera, aby właściwie oddać ducha ówczesnej żydowskiej myśl biblijnej, należy początkowe słowa IV-tej Ewangelii tłumaczyć inaczej, niż na ogół to robimy, idąc za greckim pojmowaniem tych słów. Brandstaetter tłumaczy zatem: „Przede wszystkim Jest Słowo ...”*.

Dominikanin, prof. Jacek Salij OP, zwrócił z kolei uwagę na wieloznaczność greckiego słowa Logos : „... grecki wyraz Logos znaczy ‘Słowo’, ale znaczy również: ‘Myśl’, ‘Sens’. Pierwsze zdanie z Ewangelii Janowej można by również przetłumaczyć: ‘Na początku był Sens, a Sens był u Boga i Bogiem był ów Sens’. Syn Boży jest Słowem, w którym Ojciec Przedwieczny wypowiada bez reszty samego siebie, z którym dzieli się całą nieskończonością swojego Bóstwa. Ale Syn Boży jest również osobowym Sensem, w którym Ojciec Przedwieczny wyraża całą niepojętą dla nas wspaniałość i prawdę swojej Boskości.”**

Podsumowując obie powyższe sugestie czytamy zatem: „Przede wszystkim Jest Sens...” Mamy więc w tej Ewangelii od samego początku całą wielkość przesłania Dobrej Nowiny: świat, stworzenie, człowiek – to wszystko ma sens. Nie jesteśmy skazani na bezsens. Bezsensem jest tylko grzech, a nam, ludziom, ów najgłębszy sens został przywrócony i na nowo objawiony w Chrystusie Jezusie.

Przed chwilą śpiewaliśmy wspólnie psalm: Chrystus został ogłoszony narodom, znalazł wiarę w świecie; Jemu chwała na wieki... Słowo Wcielone wśród nas zamieszkało. A święty Paweł komentuje:
W Chrystusie Jezusie Bóg wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem. Z miłości przeznaczył nas dla siebie jako przybranych synów przez Jezusa Chrystusa, według postanowienia swej woli, ku chwale majestatu swej łaski, którą obdarzył nas w Umiłowanym... Zbawienie przychodzi zatem poprzez Wcielenie: Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas.

Wybitny teolog, święty Maksym Wyznawca, napisał w kilka wieków później: „Chrystus Bóg rodzi się na tym świecie i staje się człowiekiem przyjmując ludzkie ciało, a wraz z nim i rozumną duszę, On, który wszystko powołał z nicości do istnienia. (...) Tylko wiara przenika owe tajemnice, ona, która jest dowodem i poręką rzeczywistości przekraczających wszelkie wyczucie i zrozumienie ludzkiego umysłu.” ***

Wyznajemy dziś naszą wiarę, iż Słowo Boże przyjęło ludzką naturę. A to oznacza, iż zbawienie dokonuje się z wnętrza ludzkiej natury, stamtąd Bóg je niejako wyprowadza. Zbawienie nie jest zatem czymś narzuconym z zewnątrz. To wyznanie wiary jest szczególnie ważne dla tych, którzy wysoko cenią sobie własną wolność: gdyby bowiem zbawienie przyszło z zewnątrz, spoza ludzkiej natury, byłoby wówczas czymś narzuconym, co w szczególności ograniczałoby, pomniejszało naszą ludzką wolność. Natomiast zbawienie wyprowadzone z wnętrza ludzkiej natury tej wolności nie pomniejsza, ale pogłębia, poszerza, udoskonala. A zatem sam najgłębszy sens ludzkiej wolności zostaje przywrócony i ocalony. Święty Paweł pisał:
Ku wolności wyswobodził nas Chrystus. A zatem trwajcie w niej i nie poddawajcie się na nowo pod jarzmo niewoli!
(Gal 5,1).

W jaki sposób, w czym objawia się owo wywyższenie i udoskonalenie ludzkiej wolności? Odpowiedź daje nam dziś znowu święty Jan:
Tym wszystkim, którzy przyjęli Słowo i uwierzyli w imię Jego, dał On moc, aby się stali dziećmi Bożymi: tym narodzonym nie z krwi, ani z pożądliwości ciała, ani z woli męża, ale z Boga.
Nie z krwi, nie chodzi tu więc o czysto naturalne zrodzenie; nie z pożądliwości ciała, czyli nie przez ludzkie spontaniczne skłonności; nie z woli męża, a więc nie jest to nawet sprawa przemyślanej ludzkiej decyzji. To naprawdę perspektywa narodzenia na nowo, narodzenia z Boga, „z wody i z Ducha Świętego”. ****

Ale zarazem święty Jan ostrzega: człowiek może źle pojmować własną wolność, może zatem nie przyjąć zaoferowanego zbawienia, odrzucić je: Słowo było na świecie, a świat przez Nie powstał, ale świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, ale swoi Go nie przyjęli.
Otóż, jeśli zbawienie naprawdę zostało wyprowadzone z wnętrza natury ludzkiej, to odmowa jego przyjęcia zwraca się w końcu przeciw samej tej naturze. Człowiek, który odmawia przyjęcia zbawienia, wprowadza zatem sam siebie w stan wewnętrznej sprzeczności, gdyż zaczyna występować przeciw własnej naturze, odnowionej w Chrystusie. To jest ten głęboki tragizm odmowy wiary; tragizm obecny w jakimś stopniu nawet wtedy, gdy ta odmowa nie wypływa wyłącznie z własnej winy człowieka. Stąd troska, a zarazem modlitwa świętego Pawła:
... aby Bóg Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec chwały, dał wam ducha mądrości i objawienia w głębszym poznaniu Jego samego. [Niech da] wam światłe oczy serca tak, byście wiedzieli, czym jest nadzieja waszego powołania.

Potrzebna nam zatem „światłych oczu serca”, potrzeba nam prawdziwej mądrości, tej o której dziś słyszeliśmy w czytaniu z księgi Syracha (Syr 24). Dopiero w tym świetle możemy stopniowo odkrywać najgłębszy sens rzeczywistości, w której żyjemy, a zarazem najgłębszy sens własnego powołania – jako człowieka, jako chrześcijanina, jako osoby obdarzonej konkretnymi zdolnościami, z konkretnym osobistym powołaniem czyli własnymi zadaniami swego życia.

Owa mądrość ma przeniknąć zarówno nasze ludzkie poznanie jak i działanie. Dzisiaj, gdy tak często zaprząta nas przede wszystkim staranie o skuteczność naszych działań, trzeba pamiętać, że poznanie mądrościowe to nie tylko takie, które gwarantuje doraźną skuteczność; poznanie mądrościowe to troska o dogłębne zrozumienie świata i człowieka. A zarazem nie ma właściwego rozumienia bez mądrościowego działania, czyli działania płynącego z obfitości serca, działania będącego wyrazem roztropnej troski o dobro, zwłaszcza o dobro wspólne. To dalszy ciąg nauki wielkiej prawdy o Wcieleniu.

Dziś, gdy tak trudno – wydaje się – zarówno o mądrościowe poznanie jak i o mądrościowe działanie, tym większa nasza wdzięczność wobec tych – a przede wszystkim wdzięczność wobec Boga za tych – którzy w swoim życiu potrafią ukazać taką mądrość. Ten bowiem, kto żyje prawdziwą mądrością, staje się źródłem inspiracji dla innych. Wielu spośród nas tu obecnych mogło nauczyć się wiele w tej dziedzinie od pana Stefana, naszego jubilata. Gdy teraz patrzę na niego – a także na jego żonę, panią Teresę – odruchowo przychodzą mi na myśl słowa psalmu:
Sprawiedliwy zakwitnie jak palma, rozrośnie się jak cedr na Libanie.
Zasadzeni w domu Pańskim rozkwitną na dziedzińcach naszego Boga.
Wydadzą owoc nawet i w starości, pełni soków i zawsze żywotni,
aby świadczyć, że Pan jest sprawiedliwy,
moja Opoka – nie ma w Nim nieprawości
. (Ps 92)

Ludzie głęboko mądrzy i dobrzy są właśnie najlepszym świadectwem tego, iż Bóg jest wierny; że w Chrystusie – Słowie Wcielonym objawia swoją wierność, przynosi nam zbawienie, przywraca nam naszą najgłębszą tożsamość. Przywraca nam wolność.

 

* Roman Brandstaetter, Pisma Świętego Jana Ewangelisty, Pax 1978, str. 13. W dalszym ciągu, cytując świętego Jana, korzystam także w pewnym stopniu z tego przekładu.
**Jacek Salij OP, Ewangeliarz, Wydawnictwo „W drodze”, Poznań 2000, s. 48-49.
***Zob. „Liturgia Godzin”, t. I, wyd. Pallotinum, 1982, str. 457-458; por. Hbr 11,1.
****Por. J 3,5-7.